2016 Sekcja rowerowa SKS

W każdy czwartek o godz. 10,00 zbierają się miłośnicy wycieczek rowerowych.  
   Koordynatorem jest Andrzej Węsek telefon 662-541-679.  
OLYMPUS DIGITAL CAMERA Zebrała się już całkiem przyzwoita grupa, której wyczyny dokumentuje  Zosia Jankowska.
Król Staś miał Obiady Czwartkowe, a my mamy „CZWARTKI  ROWEROWE”.  Uprzejmie donoszę, że Sekcja rowerowa SKS powstała jakby na uczczenie Jego imienin, bo zaczęliśmy nasze wspólne romanse z rowerem od 5 maja 2016 roku. Jak widać przypadek związał nas z elekcyjnym za sprawą znajomości z magnatami królem Polski (1764-1795) i wielkim księciem litewskim, ruskim, pruskim etc., etc., co zwiększyło rangę czwartkowych wypadów rowerowych.
To ze Stanisławem Augustem Poniatowskim wiążemy Konstytucję 3 maja, choć przyjęcie tego nowatorskiego jak na owe czasy dokumentu odbyło się w warunkach zamachu stanu. Jemu zawdzięczamy też założenie Komisji Edukacji Narodowej, Szkoły Rycerskiej i Teatru Narodowego w Warszawie. Mecenas sztuki, ze słabością do pięknych kobiet związany był z Katarzyną II Wielką. Był ostatnim władcą Rzeczypospolitej Obojga Narodów.  7 maja 1765 roku ustanowił Order Świętego Stanisława Biskupa Męczennika, który był nadawany corocznie podczas majowych uroczystości szlachetnie urodzonym za zasługi społeczne dla Rzeczypospolitej. Kawalerowie Orderu zobowiązani byli do wspierania działalności charytatywnej króla oraz finansowania m.in. Szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie, który pomagał najbardziej potrzebującym i ubogim, poprzez stałe wpłaty na działalność szpitala. PREMIANDO INCITAT (Nagradzając, zachęca) to dewiza tego odznaczenia.
Nawiązałam do orderu, który od czasu jego ustanowienia bardzo stracił na wartości i stał się odznaczeniem prywatnym, by zmobilizować organizatorów do zachęcania nowych turystów rowerowych może właśnie przez nagradzanie.
OLYMPUS DIGITAL CAMERAPoniżej relacje wiernego uczestnika prawie wszystkich wypadów – Zosi
 05-05 pierwsza wycieczka rowerowa pod kierownictwem koordynatora  zaczęła się trochę niefortunnie, bo koordynator pomylił godzinę spotkania i stawił się  dopiero po interwencji telefonicznej przybyłych pod Rektorat uczestników. Dalej już wszystko poszło dobrze, a gorycz czekania umiliły napoje, które sponsorował spóźniony.
 12-05  na Wisłą – przewodniczyła     Tego dnia nad Wisłą było gorąco. Zatrzymaliśmy się na granicy z plażą dla nudystów. Nie wiedziałam, że i po tej stronie Wisły maja swoja plażę, ale nie wchodziliśmy na tamtą część, tzn. my nie wychodziłyśmy, bo nie było godnych uwagi „ciasteczek”, natomiast Panowie szukali to niby przyrody, ale uwagę ich „syrenki lądowe” przyciągały.  :roll: :-P   Widoczki na łachę wiślaną piękne.  Podziwialiśmy wygrzewające się na balu mewy. Gdy po odpoczynku i malej przekąsce postanowiliśmy już wracać zobaczyliśmy przepływającą koło nas mamę  perkozów z maluchami, nie zwracała na nas zupełnie uwagi. Niezwykle urzekający był to widok, harmonii rodzinnej i posłuszeństwa. Pożegnaliśmy się na Ursynowie już myśląc co też czeka nas za tydzień.
 02-06  Ogród Botaniczny – urodziny Andrzeja, kierownictwo jubilata.   Wszyscy jesteśmy dziećmi, więc tuż po tym ważnym w kalendarzu dniu wprost z dziecięcą radością ruszyliśmy na rowerową wyprawę. Jak zwykle pogoda i humory dopisywały.  Podjechaliśmy do bramy Ogrodu Botanicznego i tu miła niespodzianka  – Pani bileterka wpuściła nas bez biletów, choć nie wiedziała, że przyszliśmy świętować Andrzeja urodziny. Jubilat się postarał, my też i było bardzo milo. Wracaliśmy przez Kabaty w doskonałych nastrojach. W następnym tygodniu rządzi Stasia B., więc do zobaczenia.
 09-06  Konstancin –  kierownictwo: Stasia B.   Pogoda jak zwykle dla wspaniałych – czyli słoneczna, z optymizmem i uśmiechem ruszyliśmy na trasę. Pojechaliśmy przez Powsin do Konstancina. Stasia prowadziła nas przepiękną trasą przez las, pełny kwitnących i cudnie pachnących kwiatów. W tężni  śpiewaliśmy wesoło, co wzbudzało ogólną radość.  Okrążałyśmy też inhalator wdychając leczniczą solankę z zawartymi w niej pierwiastkami jodu, bromu, magnezu i wapnia. W nagrodę przewodnicząca wycieczki – Stasia zaprowadziła nas do cukierni na pyszne ciastka…. Uzdrowieni i nasyceni słodkościami, w doskonałych humorach wróciliśmy na Ursynów i wiarą w następne udane wypady.
 17-06  Kabaty -miejsce katastrofy oraz dalej…….. – kierownictwo: Andrzej Węsek. Jak zwykle spotkaliśmy sie   przy metrze Kabaty i o 10.00 Andrzej Węcek poprowadził nas w kierunku Lasu Kabackiego. Dojechaliśmy do miejsca, w którym   9 maja 1987 doszło do katastrofy samolotowej . Pogoda była jak zwykle piękna, słońce, delikatna bryza co powodowało, że nie odczuwaliśmy upału. Postanowiliśmy więc jechać dalej w kierunku Wilczych Dołów w Zalesiu Górnym. Z lasu kabackiego  wjechaliśmy w osiedlową drogę asfaltową w kierunku ulicy Puławskiej. Ulica  Energetyczna okazała się bardzo ruchliwą, wąską i stresującą drogą, na której wyprzedzające samochody zajeżdżały nam drogę. Dzielnie jednak jechaliśmy  dalej al  koło Dekathlonu mieliśmy już dosyć wąchania spalin. Postanowiliśmy wiec zawrócić i za Auchanem skręciliśmy w osiedlową uliczkę Kuropatwy, gdzie zatrzymaliśmy się w malej knajpce na krótki odpoczynek. Po 15 min ruszyliśmy dalej w kierunku Kabat. Gdy wjechaliśmy w las dobre humory znów wróciły. Znaleźliśmy wiec szerokie ławki i zrobiliśmy sobie przyzwoity odpoczynek. Basi ławki nie pasowały więc pojechała 50m dalej by w samotności na wielkich brzozowych pniakach kontemplować przyrodę -:). Po zasłużonym wypoczynku przenieśliśmy się do Basi na brzozowe pieńki i tu dyskutowaliśmy nad dłuższą wspólną rowerową wycieczką. Po burzliwej debacie, niedawna jubilatka – Basia  przeczytała nam efekt nocnych przemyśleń dojrzałej kobiety, piękny wiersz. Dzięki Basiu -:)  W dobrych nastrojach wypoczęci i napełnieni poetycką twórczością koleżanki wsiedliśmy na rowery i udaliśmy się leśnym duktem w kierunku metra Kabaty skąd każdy pojechał w swoją stronę. Dziękuję wszystkim za tą przemiłą, ok 30km wycieczkę i zapraszam na następną. Każdy kto ma chęć i dwa kółka mile widziany 
23-06  Zgorzała – kierownictwo zbiorowe 23. VI.- kolejny czwarteczek, spotkanie o godz. 10.00 przy stacji Meto Kabaty od str., Tesco. Rowerowa grupka sie powieksza – dotarl wreszcie Wojtek, bylo nas siedmioro tzn Andrzej, Krysia, Basia, Jagoda, Terenia, ja i wspomniany wczesniej Wojtek. Nim Andrzej zapoznal nas ze swoimi piecioma planami dzisiejszej wycieczki postanowilismy jechac nad jez. Zgorzała – Krysia poprowadzila nas przez Kabaty do ul Pulawskiej dalej Baletową i ul. Kórnicką. Na jeziorze oczekiwala nas  łabedzia mama i 6 slodkich, malych łabedziątek. Od strony b. spokojnej ulicy trawa byla ladnie wykoszona, stalo kilka niezniszczonych laweczek, kosze na smiecie, czysciutko, dalcza część jezio ra porośnieta jest wysokimi trawami i tatarakiem. Na pobliskich drzewach nocują czaple, widać musi ich być tutaj sporo bo drzewa bez lisci wygladaja na martwe.  Po krotkim postoju pojechalismy dalej ul. Kórnicka, Trombity w drogę powrotną. I tu Basia z Jagoda postanowily nas opuscic.  W trakcie jazdy, Krysi przypomnialo sie, że kiedy byla tu z męzem kilka lat temu, widzieli  jeszcze jedno jeziorko – postanowilismy je odnaleźć. Skręciliśmy w bok w ul. Dumki, waską, porosnietą krzewami asfaltowkę i po 500m wyjechalismy na sliczne, częsciowo wyschnięte jeziorko nad ktorym siedzialy i polowaly czaple siwe. To oczywiscie zostalo skwapliwie udokumentowane :). Wrócilismy jeszcze nad jez. Zgorzala, bo zapomnialam obfotografować  tam nasza obecnośc, niestety zdjecia sa już bez Basi i Jagody :( Majac juz pełną, fotograficzną dokumentacje  skierowalismy sie w drogę powrotną w kierunku ul Pulawskiej. Po drodze postanowilismy zatrzymac sie na krotki postoj w jakiejs knajpce.  I gdy my,  stojac na samym środku skrzyzowania, zastanawialismy sie powaznie gdzie dalej jechac, nagle uslyszelismy Wojtka, ktory donosnym glosem obszczekiwal psa za ogrodzeniem . Chyba sie o cos posprzeczali, ale nie chcial nam powiedzieć o co poposzlo ;) Po krotkiej naradzie i uspokojeniu Wojtka, pojechalismy najkrótsza droga w Kabaty i tam  na ławeczkach zrobilismy sobie kolejny postoj. W lesie bylo pieknie,  CHLODNO, ptaszki spiewaly, no i wygodne ławeczki. Siedząc tak, zastanawialismy sie nad kolejnymi wycieczkami. Postanowiliśmy, ze jak miną te wsciekłe upaly, to zrobimy sobie całodzienną wycieczke np. nad Stawy Raszyńskie, taką z kocykami, kanapkami itp :). Gdysmy tak deliberowali, Wojtek nagle przypomnial sobie, ze ma na dzialce pełna lodówke różnego dobra i koniecznie zapraszal nas do siebie, opowiadał o pieknie kwitnacych teraz kwiatach w ogródku, o lodach….aż trudno bylo odmowic.  Wypoczęci, w doskonalych humorach ruszylismy dalej, dojechaliśmy do Kabat i tu Tereska z Wojtkiem odłączyli się i ruszyli  swoją drogą do domu a my w trójke z Krysią i Andrzejem jadąc do domu wpadliśmy na pomysl, żeby jeszcze pojechć nad jez. Imielińskie. Porzy okazji obejrzeliśmy miejsce ogniskowe pod katem wykorzystania go do naszych późniejszych spotkań – bylo czysciutko, miejsce jest przytulne, otoczone choinkami. Upal dawal sie we znaki, nie mielismy juz siły do tworzenia dalszych wizji – wjechalismy szybko w las. Poprowadzilam nasza mini grupke piekną dębową aleja i dalej popedałowaliśmy ścieżką nad parowem. Jadąc w cieniu drzew oddychaliśmy głęboko, ciesząc sie „chlodem”. Wyjechalismyz lasu, dalej droga poprowadzila nas przez pola do Imielina. Lubie ten odcinek, droga jest urozmaicona, kręta, nierówna. Po deszczu, głebokie koleiny zatrzymuja na długo wodę. Miejscami obsadzona drzewami orzecha  wloskiego, krzewami lilaka, który pieknie wiosna pachnie.  Na polach w ub. roku rosly dynie, wygladaly jak wielkie, kolorowe pilki porozrzucane nieregularnie. Jadąc tędy pod wieczór slychac nawolujace sie  bażanty. Na skraju lasu sarny maja swoja „noclegownię”. Dojechaliśmy wesolo pod Karpielówkę i Andrzej jak tylko dowiedzial sie, ze tu daja pyszną golonę dalej juz nie chcial z nami jechać  :) Hmmm…. mimo przepedalowanych w upale prawie 30km, nie moglismy sie rozstac, stalismy na skrzyzowaniu komentujac końcowy odcinek naszej wycieczki i postanowiliśmy go  koniecznie powtórzyc w wiekszej grupie   … i tu sie w końcu, niechetnie, rozstalismy.   
 28-07  Jabłonna – kierownictwo zbiorowe – Dzisiejsza wycieczka od początku byla pod znakiem zapytania. Wszystkie strony pogodowe zapowiadały deszcze, burze i ulewy – jede silniejsze inne slabsze. Rano zastanawiałam się czy odwoływac i taka przyszla refleksja, zeby rano sprawdzać maile, bo moze z jakiegos powody wycieczka została odwołana. Stwierdziłam, że skoro my jedziemy na wycieczke to deszczu na pewno nie bedzie. Mimo wszystko zapakowałam plaszcz nieprzemakalny i chop na rower do Leclerka. Bardzo byłam ciekawa czy ktoś przyjedzie na spotkanie ( ostatnio na wycieczce przyrodniczej byłam ja i przewodniczka :) ), ale już na światłach spotkałam Jagodę. Jest Jagoda to będą i inni – pomyslałam i faktycznie Stasia i Ewa już czekaly pod Galerią. Poczekalismy jeszcze troszke i zjechała Basia z meżem, Terenia z Jankiem, Krysia, Bozenka. 10.05 i dziesięcioosobowa grupka pod moim przewodnictwem wesolo ruszyla w kierunku Wisly i na wstepie rozpoczęła sie dyskusja, którędy zjedziemy ze Skarpy. No cóż, je tych scieżek nie znam, ale liczylam na znajomość tych dróg zjazdowych, w końcu kilka razy tedy zjezdżalismy i faktycznie, kazdy proponował swoją ja dalej nie wiedziałam o której mowa ale dzieki opacznosci zjechalismy slicznie krętą asfaltową drogą wprost na Świątynię Opatrznosci :)  Mnie ulzylo, bo juz teraz wiedziałam jak mamy jechac dalej. Pojechalismy wiec ulicą Vogla do Wału Zawadowskiego i tu chciałam zjechac w strone Wisly, by dalej duktem miedzy walem a rzeką eksplorowac ten teren jadąc w kierunku E. Siekierki. Pomysl moj sie nie spodobał, obawiano sie wody i to póżniej sie potwierdziło, teren byl nieprzejezdny. Pojechalismy wiec wałem na północ. Zaraz na początku Basi spadl łańcuch i ponieważ nikt z nas nie miał narzędzi, Basia postanowila wrócic, mąż pojechał z nią. Grupa zaczęła się pomalu kulić. Jechaliśmy wiec wałem, z prawej strony las łęgowy, miejscami woda dochodziła stosunkowo blisko wału – Wisła byla tak bliziutko. Przypomniała nam sie jedna z poprzednich wycieczek nad Wisłę, gdzie by dojść do rzeki trzeba bylo pokonac spory kawał drogi. Po lewej stronie mijalismy ogromne połacie pieknie ukwieconych łąk….. i ten zapach kwiatów, gęsty, mocny, miałam wrażenie, że aż trudno oddychac. Cudnie…… nie ma ludzi, pustka i te  barwne, pachnące łąki….ach. Tak dojechaliśmy prawie do Mostu Siekierkowskiego, po lewej stronie pojawily sie ogromne wysypiska gruzu, przykry widok, pełno kurzu w powietrzu i stwierdziłam, że jazda dalej juz nie ma sensu. Zaproponowalam powrót, trzy osoby postanowily jechac dalej. Piecioosobową grupką pojechalismy z powrotem. W planie mialam zjazd z wału i drogą kolo oczyszczalni scieków pojechać do Wilanowa, wcześniej wypatrzyłam fajna cukiernię i myslałam by tam sie zatrzymac.  Gdy dojechalismy do zjazdu z wału dwie osoby zrezygnowały i pojechały same dalej,  a my w trojkę do cukierni, której w końcu nie znalazłyśmy.  Jechalismy ul Sytą, minęliśmy Staw Zawadowski i po drodze znależliśmy inną kawiarnię Kropki bordo, do ktorej poszlismy na lody. Nawet wielkie porcje lodów nie poprawily nastroju. Zaproponowałam wiec, korzystajac z faktu, że jest nas mało, bysmy zboczyły i pojechały zobaczyc żołny. Żolny to piekne, kolorowe ptaki, niczym papużki. Łudziłam sie, że to pomoze, ale nie, dziewczyny juz miały dosyc. Teraz myślę, że w sumie dobrze wyszlo, ponieważ to sa ptaki objete ścisłą ochroną gatunkową i nie powinno sie rozpowszechniac info o ich miejscach legowych.  Pojechałysmy wiec znana nam juz wcześniej droga na Ursynow i tu znów sie rozdzieliłysmy –  Krysia w prawo do domu a my ze Stasia jeszcze kawalek razem pedałowalysmy..   No cóż, była to czterogodzinna wycieczka, cztery godziny dość intensywnego ruchu i na szczęście, pogoda nam dopisała, na koniec nawet delikatnie wyszlo słoneczko i zrobilo się cieplutko.
04-08 – Konstancin Dzisiejszą rowerkową wycieczkę (11.VIII.2016) miala chyba prowadzic, Ewa ale prowadzili, mam wrażenie, wszyscy :) Przed Urzędem Dzielnicy Ursynów przy KENie stawiło sie dziś osiem osób i o godz. 10.00 ruszylismy znana nam wcześniej trasą w kierunku Bazarku na Dołku i dalej po skarpie w dół do Wilanowa. Zeszliśmy w dół po skarpie i zamiast wsiąść na rowery jak to bylo w planie, skakalismy miedzy kałużami patrząc jedynie czy nam sie rowery za bardzo nie utytłały w błocie. No coż, wczoraj cały dzień padało, zresztą nie tylko wczoraj.  Nie powiem że tak skakaliśmy az do Świątyni Opatrzności, nie , ale niewiele bym przesadziła ;)  Minęlismy jakąś koparkę i wjechaliśmy na upragniony chodnik. Jak to niewiele do szczęścia czasami potrzeba :)  Tak teraz sobie mysle, we wtorek płyneliśmy Wkrą w totalnym deszczu i to bylo cudowne, teraz widok chodnika powoduje moja radość czy faktycznie człowiekowi tak niewiele potrzeba do szczęścia czy to ze mną jest coś nie halo?? :) Co by nie bylo SKSowcy –  dzieki Wam za te chwile radośći, gdyby Was nie bylo, siedzialabym przed kompem :( …. no chyba się wzruszę. Jedziemy dalej, już gładziutkim, suchutkim chodniczkiem….ale frajda :) Jeszcze tylko krotki popas w Biedroneczce i juz dalej prościutko, nad Wisłę i walem na południe. Mijamy jedną a później drugą kopalnie piasku i żwiru. Góry piachu wyrastajace niemalże z wody tworzą ciekawe formy przestrzenne. Zatrzymujemy sie tu oczywiście by tradycyjnie cyknąć foteczkę i jedziemy dalej wałem, później skręcamy w utwardzoną drogę, Basia prowadzi nas na upragniony odpoczynek. Jest, jest wiata jedna i druga, ławeczki ba, nawet kosz na smiecie. Rozsiadamy sie wygodnie jak u siebie w ogródku, kazdy wyciąga z przepastnych swoich toreb co ma i po chwili robi sie wesoło. No cóż, zrobilismy ok 14km, nalezy nam sie dłuższa chwila wytchnienia. Koniec odpoczynku ruszamy dalej i ……okazuje sie, że to juz koniec naszej wspólnej jazdy. Dzielimy sie na trzy grupy, dwie rozjeżdzają sie w przeciwne stony do domu a trzecia jedzie dalej, na południe. Dalej jedziemy w trójkę ze Stasia i Bozenką. Pogoda dopisuje, jest ciepło, grubaśne kumulusy piętrzą się nad naszymi głowami  a my jedziemy dalej nie wiedząc gdzie jesteśmy. Jest urokliwie, z prawej strony mijamy łany żółto kwitnącej nawłoci ( wiecie że ziele to leczy przewód moczowy ? )  z lewej porowe i cebulowe poletka, dalej mijamy wielkie głowy słoneczników, nagle wyrazny zapach marchwi…….gdzie my jesteśmy? dokąd tak dojedziemy? Ale jedziemy dalej, mijamy piękne wille, pałace. pola pszenicy, jest pięknie, pedałujemy dalej. W dali widać cos na ksztalt lasu, to musi byc Powsin! Wjezdżamy asfaltówką w Las Kabacki i  prosto dojeżdżamy do Kabat, w KEN i na Imielinie się rozjeżdżamy. Miło bylo Dziewczyny z Wami dojechac do końca:) Dzięki wszystkim za tą fajna wycieczkę i …..do następnej. Zapraszamy wszystkich chętnych na rowerkowanie czwartkowe :) Co będzie w następny czwartek ? – nie wiem. Szefu zadecyduje :)  
18.VIII. 2016Spotkaliśmy sie dziś o godz. 10.00 jak zwykle, tym razem pod Urzędem Dz. Ursynow, przyszło nas czworo – Jan, Terenia, Krysia no i ja. Ponieważ nie bylo chetnych na prowadzenia tej wycieczki zaproponowałam Ogród Botaniczny, do ktorego mielismy pojechac ul. Gandhi, przez pola w Las Kabacki, Powsin. Gdy Jan usłyszał że mamy jechac ul. Gandhi, stwierdzil że ona nie jest fajna, ze powinnismy jechać ul Belgradzką. Nie bardzo mi sie to podobało, bo zaproponowałam spotkanie specjalnie w tym miejscu, zeby jechać wlasnie tą trasą ale czy to faktycznie jest waznie? Nie. Pojechalismy ul. Belgradzka, i gdy tylko wjechaliśmy w las, Jan zaproponowal, zebyśmy zamiast do Ogr. Bot. pojechali przez Konstancin do Gas, do promu nad Wisłą. Wszystkim pomysl bardzo sie spodobal i tym sposobem Janusz przejął dowodzenie.  Poprowadzil nas przez las troszkę innymi duktami niż zwykle jeździliśmy. Gdy dojechaliśmy do Kierszka okazało się, że Janusz jedzie na „flaku” i trzeba dopompować kola, przy okazji Szefu sprawdzil wszystkim nam kola, pozostale byly ok. Minęlismy Powsin, Jeziorkę nad którą kaczuchy leniwie wypoczywały, minęliśmy Tężnię solankową w Konstancinie,  Park Zdrojowy i skierowaliśmy się  w stronę Obór. W Konstancinie nasz Szefu zaprowadzil nas do piekarni na pyszne jagodzianki, które zabralismy z sobą by skonsumować nad Wisłą.  Pogoda początkowo wydawała się niesprzyjająca, bure chmury na niebie  i złowieszczy acz delikatny wiaterek nie zapowiadały nic dobrego. Wszyscy ubrani w kurtki i bluzy nie przypuszczaliśmy, że pogoda sprawi nam takiego psikusa. Już gdy dojechalismy do Lasu Kabackiego wszyscy byliśmy w krotkich rękawkach a po błekitnym niebie delikatnie snuły sie białe obłoczki. Taką pogodę poproszę na kazdą naszą wycieczkę :) Obory, to tereny dawnego PGRu. Tu, bylo już po żniwach, pozostalo tylko rżysko, dalej mineliśmy pole z porozrzucanymi łęcinami, widać, kartofelki już też uprzątnięte z pola, mijaliśmy zapachy obór, poletko słoneczników, łąki kolorowo kwitnacych ziół, kepy żółtej już nawłoci. Mieszały się zapachy i kolory, tego nie można doswiadczyć w mieście choć przecież tak blisko Warszawy byliśmy. Jechaliśmy drogą do Gas, Janusz spokojnie prowadzil nas dobrze znanymi sobie drogami, w dalszym ciągu mijalismy pola uprawne poprzecinane poletkami kolorowo kwitnących roslin. Co jakis czas Krysia dopytywała sie ile jeszcze km do Wisły bojac sie, że może nie dać rady dojechać z powrotem. Dotarliśmy w końcu do celu, nad Wisłę, do promu, akurat zabierał pasażerów i obserwowaliśmy jak pomału odplywa do przeciwleglego brzegu, przyglądalismy sie slicznym w kształcie łachom powstałym na skutek obniżenia sie poziomy wody. To kolejne już miejsce, z ktorego obserwowalismy Wisłę, każde jest inne, inaczej piękne…śliczna jest ta nasza Wisła :)  Odpoczęliśmy, zjedliśmy pyszne jagodzianki i czas wracać do domu. Janusz prowadził nas poczatkowo tą sama droga, w Oborach skręcilismy w bok i podjechaliśmy pod pałacyk, brama zamknieta na łańcuch.  Jeszcze tylko udalo mi sie cyknąc fotkę. Udalo mi sie, bo do tej pory Janusz nie zgadzal sie bym robila zdjecia. Dwa razy sie wyłamałam i zostałam za to zrugana, ale faktycznie bylo wiele takich pieknych miejsc i gdym wszędzie stawala na zdjecie, to pewnie nie dojechalibysmy do celu. Przed Konstancinem skręcilismy w boczną, wąska scieżkę i Janusz poprowadzil nas skrótem omijajacym góre, z której wcześniej cudnie nam sie zjeżdżało. Widać, że zna tu wszystkie tajemne przejścia ;) Zrobilismy sobie jeszcze jeden odpoczynek na ławeczce w Parku Zdrojowym podziwiając kąpiące sie kaczuchy, a bylo ich tam bardzo dużo. Wreszcie mogłam sobie swobodnie zdjęcia robić :) Kolejny odpoczynek zaliczony i czas w drogę. Przez Powsin w Las Kabacki i na Ursynów. Pod Kabatami odłączylam sie i lasem pojechałam w kierunku Grabowa by z tamtej strony wyjechac na Imielin. Po powrocie zadzwoniłam do Krysi, która zliczała kilometry i okazalo sie, ze ona przejechala prawie 50km !!! To byla nasza najdłuzsza wycieczka….. dałysmy radę :) teraz juz wszedzie możemy jechać ale skoro my mozemy to i Wy możecie także :) Rozmawiałysmy z Januszem, obiecał poprowadzic nas do Zalesia, do Wilczych Dołów – tez ma swoje ściezki :)
25.VIII. 2016 .…. rowerowy czwarteczek……spotkalismy sie przy M. Wilanowska. Przyjechalo nas troje – Andrzej, Wojtek no i ja. Prowadzi dzisiejszą wycieczke Andrzej, przygotowany jak nikt nigdy dotąd – wydrukowane, kolorowe mapki trasy, GPS. O 10.10 ruszamy chodnikiem w bok by za chwilke wjechac boczną, niewidoczna ściezką w krzaczory. Jechalismy tak spory kawałek prowadzeni przez Andrzeja i GPS  aż usłyszelismy pianie koguta. Tu, koguty pieja? Jechalismy w kierunku Arkadii, Warszawianki, Morskiego Oka, minęłiśmy jakis sad jabłoniowy, malutkie, kolorowe ogrodeczki zamykane starymi, drewnianymi furteczkami, i dalej ogromne łąki porosnięte chyba nigdy nie koszonymi, wysokimi ziołami. Jechałam z otwartymi nie tylko oczami ale i ustami ze zdziwienia, że tak duze tereny polozone blisko Puławskiej, sa zupelnie niezagospodarowane, pozostawione dziko, tylko wąska, wydeptana ściezka swiadczy o tym, że ktos tu zagląda. Dlugo jechalismy tą piekna kolorową dróżką nie mogac sie nadziwić, jak to jest możliwe, że prawie w centrum miasta, takie dzikie, cudne tereny się ostały. Jadąc dalej  pojawily sie zabudowania, domki jednorodzinne, pietrowe. Nie wiedząc którędy dalej do Arkadii stnelismy na ulicy, i okazalo sie, że…… stoimy pod domem Basi. Andrzej, niewiele myslac zadzwonil do niej, próbując namowic kolezanke na wspolna z nami, dalszą wycieczkę. Basia oderwała się na chwile od swoich prac domowych, zeszła do nas przywitać się, wskazała ” zagubionym” drogę i pojechalismy dalej przez parki, skwerki, mijalismy różna oczka wodne z  wydawalo sie zupelnie oswojonymi łyskami, fontanny aż dojechalismy do  Belwederskiej. I dalej w górę kolo Łazienek, Ogrodu Botanicznego, koło Centrum Sztuki Współczesnej, przez Park Marszalka Rydza Śmiglego, dojechalismy do skrzyżowania ul Tamki / Topiel. Tu rozstaliśmy sie z Andrzejam, on pojechal do domu a ja z Wojtkiem ruszylismy dalej na podbój Warszawy :)  Ach, oczywiscie w miedzy czasie byla zaliczona kawiarenka, w cieniu, pod parasolem, z lodami, kawa i ciastkami :)Wojtek jest dobrym przewodnikiem, zna dużo ciekawostek dotyczacych mijanych przez nas miejsc i chętnie sie nimi z nami dzielił. Poprowadzil mnie ulicami pod Zamkiem, aż na Rynek Nowego Miasta, pod Kolumnę Zygmunta i dalej już do metra Ratusz Arsenał i na Ursynów.To była piekna wycieczka po „zielonej” Warszawie, pogoda jak zwykle dopisała, słoneczna i prawie bezwietrzna. Dzieki, Panowie, za piekną, udaną rowerową wyprawę i poproszę o następna podobną  :)
1.IX. 2016 to dzień, w którym Andrzej prowadzi swoja wspaniałą grupe rowerkową :) 6 osób stawilo sie na stacji M. Kabaty, by ruszyc na podbój Zawad. Ruszylismy w kierunku Powsina przez Las Kaback, pogoda zapowiadała sie doskonala, humory jak zwykle dopisywały. Kolo Centrum Edukacji Przyrodniczo-Lesnej wyjechaliśmy z lasu i dalej pojechalismy  ul Przekorna w kierunku ul. rosochatej. Po drodze zatrzymalismy sie w VIII kosciele św. Elzbiety, w miejscu ktorego pierwotnie stał drewniany koścółek wybudowany w 1410r. Jadac dalej minęlismy Powsin, most łączący  jez.Lisowskie i jez. Pod Morgam. Przejechalismy przez Okrzeszyn, minelismy  śliczną kapliczke, stary cmentarz ewangielicki na Kępie Okrzewskiej i tu sie troszke pokręciliśmy poznajac dokladniej teren. Mijalismy przepiekne wille, pola uprawne, rolników zbierajacych ziemniaki i pana, ktory w wiaderko zbierał przejrzale juz gruszki. Obrazy nam sie co chwila zmieniały, pojawialy sie nowe zapachy i kolory. Teraz ziemia pachnie juz inaczej, czuc w powietrzu nadchodzącą jesień. Zatrzymalismy sie w końcu na starym, dobrze nam znanym juz miejscu postojowym, by troszkę odpocząć. Lubimy to miejsce, zacienione ławeczki, cisza, spokoj, zielono, nie ma ludzi dookola. Po krótkim odpoczynku i posileniu sie, ruszylismy dalej Kępa Zawadowska na północ. Dojechalismy do Oczyszczalni Ścieków Poludnie i chyba ja jakos okrążyliśmy i kierujac sie na poludnie, robiąc małą petelkę, kolo rezerwatu Morysin, dojechalismy  do Willanowa. Wilanowską w górę, kolo kosciola św. Katarzyny i  dalej jakos w bok porowadzila nas Bozenka sobie tylko znnymi skrotami na tereny SGGW. Po drodze kolejno odłączaly sie poszczególne osoby by jaknajszybciej dotrzec do domu i odpocząć. Upał dal sie wszystkim we znaki ale bylo fantastycznie :)Dziekuję serdecznie wszystkim: Bozence, Ewie, Zosi, Wojtkowi i oczywiscie, i przede wszystkim, Andrzejowi, który poprowadzil nas tą trasą  :) Nasze wycieczki sa wspaniale, pogoda zawsze dopisuje, dołączajcie i bawcie się z nami……. zapraszamy :)
8,IX,2016 to dzień kolejnej naszej rowerowej wyprawy tym razem do Ogrodu Botanicznego. Stasia dzielnie prowadzila dziewięcioosobową grupkę przez Las Kabacki pokazujac nowe, sliczne sciezki doprowadzając nas do Powsina i dalej do Ogrodu Botanicznego. Po drodze podziwialiśmy pola porosnięte olbrzymimi kapuscianymi głowami, suszącymi sie cebulami, poletkami buraczków i żółto kwitnacego rzepaku. Pogoda byla piekna, słoneczko mocno przygrzewało a wiaterek delikatnie muskal nasze wlosy. W Ogrodzie Bot. zrobiliśmy sobie przerwę w tamtejszej kawiarni – lody byly wielkie i pyszne :) Tak, ta przerwa byla nam bardzo potrzebna, siedząc w kółeczku przy  stoliku dyskutowalismy o…….:)Ale wszystko co dobre kiedys sie kończy tak i my w końcu wsiedlismy na nasze kochane rowerki i ruszyliśmy znana nam droga przez Powsin na Ursynów. Dziekuje wszystkim:  Stasi, Mirce, Ewie, Krysi, Tereni, Bożence, Januszowi i Wojtkowi za bardzo udaną wycieczkę. A Ci którzy nie byli niech żałują, było naprawdę fajnie. OLYMPUS DIGITAL CAMERA
   Pozdrawiam serdecznie – Wasz reporter – Zofia Jankowska